Are you the publisher? Claim or contact us about this channel


Embed this content in your HTML

Search

Report adult content:

click to rate:

Account: (login)

More Channels


Showcase


Channel Catalog


Channel Description:

Znajdziesz u nas autorskie teksty popularnych blogerów, testy sprzętu i aplikacji, oraz wiele więcej.
    0 0

    Mapy Google właśnie zyskały nową funkcję. Od teraz pokazują rozmieszczenie stacji rowerów miejskich, a także liczbę dostępnych na stacji rowerów. Nowość trafiła już do Polski.

    W ciągu ostatniego roku Google prowadził testy nowego rozwiązania w Mapach Google. Mieszkańcy Nowego Jorku mogli wyświetlać w aplikacji Map stacje rowerów miejskich, przy czym mapy informowały też o liczbie dostępnych rowerów. System sprawdził się na tyle dobrze, że właśnie trafił do 16 kolejnych krajów, w tym do Polski.

    Rowery miejskie w Mapach Google są już widoczne w Polsce, ale na razie tylko w Warszawie.

    W pierwszej kolejności nowość trafiła do 24 miast w 16 krajach na całym świecie. Wśród obsługiwanych miast jest Warszawa. Niestety jest to jedyne polskie miasto, ale Google zapowiada, że to dopiero początek.

    Pozostałe miasta obsługujące rowery w Mapach Google to: Barcelona, ​​Berlin, Bruksela, Budapeszt, Chicago, Dublin, Hamburg, Helsinki, Kaohsiung, Londyn, Los Angeles, Lyon, Madryt, Meksyk, Montreal, Nowe Tajpej, Nowy Jork, Rio de Janeiro, San Francisco Bay Area, São Paulo, Toronto, Wiedeń i Zurych.

    Kolejny krok: skutery, auta i hulajnogi?

    Marzy mi się sytuacja, w której Mapy Google stałyby się hubem pokazującym rozmieszczenie nie tylko rowerów miejskich, ale też innych pojazdów wypożyczanych na minuty: samochodów, skuterów i hulajnóg.

    W ostatnim czasie w Polsce pojawiło się wiele nowych możliwości transportu miejskiego, a aplikacji na smartfonie przybywa. Integracja lokalizacji pojazdów razem z mapami i nawigacją wydaje mi się idealnym pomysłem.

    A póki co nowość w Mapach Google na pewno ułatwi życie Warszawiakom. Niejednokrotnie sprawdzając daną lokalizację na mapach zastanawiałem się, czy da się do niej rozsądnie dojechać rowerem. Teraz mogę to sprawdzić bez przełączania się do aplikacji rowerowej.

    Stacje rowerowe w Warszawie można wyświetlić wpisując w Mapach Google hasło „Veturilo”, czyli nazwę systemu rowerów miejskich. Nowość jest już dostępna na Androidzie i iOS.



    Świetna nowość w Mapach Google. Aplikacja pokaże stacje rowerów miejskich w Warszawie

    0 0

    Na początku czerwca sprawiłem sobie AirPodsy. Mówiąc dokładniej, kupiłem je na dzień dziecka. I od paru tygodni cieszę się jak dziecko za każdym razem, gdy wyciągam je z etui. A robię to kilkanaście razy dziennie.

    Pierwsza generacja i za długie zwlekanie

    Na początku na pierwsze AirPodsy patrzyłem dość sceptycznie. Wyglądały jakby ktoś brutalnie pozbawił je kabla i udawał, że tak być powinno. Odstraszała też cena - kilkaset złotych za małe słuchaweczki, które nie grają wybitnie, to nie była kwota, którą chciałem wydać na taki gadżet.

    Z czasem zacząłem się jednak oswajać z ich wyglądem, a nawet zaczęły mi się podobać. Nie trudno przywyknąć do wyglądu AirPodsów. To przecież najlepiej sprzedające się słuchawki na świecie i na ulicach widać je na każdym kroku. Codziennie mijam kilka osób w AirPodsach. Codziennie je widzę. A jeśli wyjedzie się za granicę, to już w ogóle - zatrzęsienie AirPodsów. Taki widok może spowszednieć.

    I tak się stało. AirPodsy przestały wyglądać dziwnie. Zaczęły za to intrygować.

    Próbowałem kupić pierwsze AirPodsy pod koniec ich generacji, ale było to trudne. Słuchawki były regularnie niedostępne. A nie chciałem kupować w dziwnych sklepach, bo miałem świadomość, że na rynku są chińskie podróbki, w tym takie, których na pierwszy rzut oka nie da się odróżnić od oryginału. Dlatego czekałem.

    Weszła nowa generacja i... ceny znowu wystrzeliły w górę. To mnie znowu powstrzymało przed zakupem. Okazało się jednak, że AirPodsy 2. Gen. Są w Polsce trudnodostępne. A przynajmniej były. Wiele dużych sklepów tygodniami czekało na dostawy, w tym niektórzy Premium Resellerzy Apple’a. Więc i ja czekałem.

    W końcu udało mi się je dorwać. Dostępność produktu w sklepie zbiegła się z chwilą, gdy znowu chciałem je kupić. Kupiłem. I korzystam z nich dosłownie codziennie. Wiele razy dziennie.

    Dlaczego AirPodsy są takie świetne?

    AirPodsy nie grają wybitnie. W mojej ocenie grają znacznie lepiej niż standardowe słuchawki dołączane przez Apple do pudełek z iPhone’ami, ale to też żadna rekomendacja i osiągnięcie. Powiedzmy sobie jednak wprost - słuchawki AirPods nie są dla audiofilów, którzy szukają sprzętu do świetnego odsłuchu muzyki w wysokiej jakości.

    AirPodsy to po prostu świetne słuchawki codzienne. Wyciągasz z genialnego etui naładowane słuchawki. Momentalnie iPhone je wykrywa i się z nimi łączy. Wkładasz je do uszu. Słuchasz muzyki lub podcastów. Ktoś dzwoni, więc odbierasz połączenie i rozmawiacie. Rozmówca chwali, że bardzo dobrze cię słychać (serio!). Kończysz połączenie, bo wchodzisz do kawiarni. Kupujesz fancy caffe latte na sojowym (bo nie możesz pić mleka, co sprawia, że jesteś skazany na Huela na wodzie), płacisz Apple Payem. Siadasz do stolika i wyciągasz iPada. Jednym naciśnięciem przełączasz słuchawki, żeby pracowały z tabletem. Oglądasz jakiś film na YouTubie, nie przeszkadzając innym klientom, a w drugiej aplikacji sobie pracujesz. Odpisałeś na ważne maile. Wychodzisz z kawiarni, a słuchawki przełączasz do pracy z iPhone’em. Słuchając muzyki docierasz do domu. Wyjmujesz AirPodsy z uszu i chowasz je do etui. Przygotowujesz sobie coś do jedzenie i zjadasz to. Jeśli robiłeś sobie Huela na wodzie z owocami, to przygotowanie i zjedzenie go zajęło ci 15 min. W tym czasie AirPodsy w etui naładowały się znacząco i są gotowe grać przez dodatkowe 3 godziny. Siadasz do iMaca, odpalasz Slacka, Safari, Trello, Kalendarz, Pages i Apple Music, w którym jednym kliknięciem ustawiasz, żeby muzyka szła na AirPodsy. Pracujesz dalej. A wieczorem na kanapie, gdy oglądasz Netfliksa na iPadzie, znowu przydają się AirPodsy.

    Och. Ach. To jest taniec. To jest życie.

    Akumulator w AirPodsach jest świetny. Etui ładuje szybko i daje kopa. Po paru tygodniach z AirPodsami nie umiem powiedzieć, na ile wytrzymuje akumulator, bo ani razu mnie nie zawiódł. Podpinam słuchawki do ładowania co jakieś dwa dni. W międzyczasie nie kontroluję nawet, ile energii zostało. Nie zawracam sobie tym głowy.

    Prawie zapomniałbym o gestach. AirPodsami sterujemy przez dotykanie ich obudowy. Nie ma przycisków. Dwa stuknięcia w prawą to pauza. Kolejne dwa stuknięcia to play. Stukanie w lewą to zmiana piosenki na następną. Samodzielnie można zdefiniować akcje wywoływane przez stuknięcia.

    Słyszałem sporo narzekania, że AirPodsy nie mają wbudowanej regulacji głośności. Jest to jakaś wada, ale przecież wiele słuchawek nie ma tej funkcji. Z drugiej strony, korzystając z AirPodsów z iPhone’em, iPadem lub komputerem Mac, zawsze mamy pod ręką urządzenie, z którego odtwarzana jest muzyka, więc zmiana głośności nie jest trudna.

    W kryzysowych sytuacjach, gdy słuchamy głośno muzyki, a ktoś do nas zaczyna mówić, przydaje się funkcja automatycznego pauzowania i wznawiania odtwarzania muzyki przy wyciąganiu i ponownym wkładaniu słuchawki do ucha. Gdy ktoś zagada do nas na ulicy, o drogę albo godzinę, to wystarczy wyjąć jedną słuchawkę, muzyka przestanie grać (odtwarzane wideo się zatrzyma, itd.), udzielimy odpowiedzi rozmówcy, wsadzimy słuchawkę do ucha, a muzyka sama wystartuje - jeśli od wyciągnięcia słuchawki nie minęło 15 sekund. Jeśli minęło, to trzeba będzie dwukrotnie stuknąć słuchawkę, aby wznowić odtwarzanie. Bardzo wygodna funkcja.

    Nie chciałem czekać na AirPodsy 3. Gen.

    Gdzieś czytałem, że Apple mocno rozczarował wypuszczając AirPodsy 2 niemal identyczne do pierwszej generacji. Zmienił się w zasadzie tylko czip oraz dodano droższą wersję z etui, które można ładować bezprzewodowo.

    To bzdura. Apple nie rozczarował. Pierwsze słuchawki okazały się wyjątkowym sukcesem. Zdobyły status najlepiej sprzedających się słuchawek na świecie. Czy można chcieć czegoś więcej? Apple musiałby postradać zmysły, żeby ucinać głowę kurze znoszącej złote jajka. Skoro ludzie pokochali AirPodsy i rzucili się do sklepów, to Apple mógł zrobić tylko to, co zrobił - delikatnie poprawić produkt i dodać bezprzewodowe ładowanie. W ten sposób wysłano do klientów czytelny sygnał - to świetne słuchawki, w których nie zamierzamy na razie nic zmieniać.

    Trzecia generacja może dodać odporność na zachlapania albo przyniesie odświeżony design. Nie zmieni jednak tego, że AirPodsy już dzisiaj są świetnymi słuchawkami. Codziennym gadżetem, z którego korzysta się z wielką przyjemnością.

    U mnie AirPodsy są w użyciu kilka lub kilkanaście razy dziennie. Do pracy, do rozrywki, do rozmów, do ćwiczeń, na spacerach i w podróży. Jestem nimi oczarowany i zachwycony. To najlepszy gadżet, jaki kiedykolwiek sobie kupiłem.



    AirPodsy to najlepszy gadżet, jaki miałem. Żałuję, że zwlekałem z zakupem

    0 0

    W ostatnich dniach media społecznościowe zostały wręcz zalane filtrami z aplikacji FaceApp. Aplikacja dzięki zaangażowaniu AI potrafi postarzyć użytkownika w bardzo wiarygodny sposób, ale polityka prywatności zdjęć nie wygląda najlepiej.

    CZYTAJ RÓWNIEŻ: FaceApp broni się przed zarzutami. „Nie robimy nic złego, szanujemy waszą prywatność”

    Internet zwariował na punkcie FaceApp. Facebook, Instagram i Twitter są w ostatnich dniach zalewane kolejnymi zdjęciami seflie przetworzonymi przez aplikację. Trudno powiedzieć skąd wzięła się ta popularność, bowiem aplikacja ma już dwa lata. Dopiero teraz widać jednak (zapewne chwilową) modę i efekt kuli śnieżnej.

    Dokładnie ten sam efekt obserwowaliśmy jakiś czas temu przy filtrach Prisma, które też przez moment zawładnęły mediami społecznościowymi. Podobieństw między FaceApp a Prismą jest więcej, niestety również w obszarze niejasnej polityki prywatności.

    FaceApp działa tak dobrze dzięki algorytmom AI. Wymaga to przesłania zdjęć na rosyjskie serwery

    faceapp

    Mamy tu dokładną powtórkę zasady działania aplikacji Prisma, która - na marginesie - również pochodziła z Rosji. FaceApp działa dość wolno nawet na bardzo szybkich smartfonach, ponieważ edycja zachodzi w chmurze. Sieci neuronowe przetwarzają zdjęcie i generują bardzo realistyczne efekty.

    Wymaga to przesłania zdjęcia na serwery twórców, mieszczące się w Petersburgu. Polityka prywatności aplikacji nie ukrywa, że twórcy mają dostęp do zdjęć. Czytamy, że:

    Informacje, które nam przekazujesz bezpośrednio: treści użytkownika (np. zdjęcia i inne materiały).

    faceapp

    Aplikacja zbiera też dość pokaźny komplet innych danych: cookies, dane analityczne, logi, identyfikatory urządzenia i metadane zdjęć.

    Jeszcze ciekawiej robi się w momencie, kiedy czytamy, kto ma dostęp do danych:

    Możemy udostępniać Treści użytkownika i informacje użytkownika firmom, które prawnie są częścią tej samej grupy przedsiębiorstw, której częścią jest FaceApp, lub które stają się częścią tej grupy („Partnerzy”). Partnerzy mogą wykorzystywać te informacje, aby pomóc w dostarczaniu, zrozumieniu i ulepszaniu Usługi oraz własnych usług Partnerów.

    Interpretacja tego zapisu może być wręcz dowolna. Tak naprawdę nie mamy kontroli nad tym, gdzie i do kogo trafią zdjęcia.

    Co więcej, sami użytkownicy zauważają, że „coś jest nie tak”. Na iOS aplikacja FaceApp ma dostęp do rolki zdjęć z aparatu nawet wtedy, gdy nie udzielimy dostępu do naszej galerii.

    https://twitter.com/karissabe/status/1151276315816783873

    Prośba o dostęp do galerii pojawia się dopiero w momencie wybrania zdjęcia w FaceApp. Aplikacja pyta o możliwość dostępu dopiero, gdy zamierza edytować zdjęcie, ale sama galeria jest widoczna od samego początku.

    Z kolei inni użytkownicy metodą prób i błędów dowodzą tego, że FaceApp wysyła na swoje serwery wszystkie (!) zdjęcia z rolki aparatu. AKTUALIZACJA: Informacja ta została zdementowana. Czytaj więcej tutaj.

    https://twitter.com/JoshuaNozzi/status/1150961777548701696

    Lepiej uważać na FaceApp

    FaceApp jest typowym przedstawicielem aplikacji, z których korzystamy 15 minut, po czym zupełnie o nich zapominamy. Tymczasem nadane uprawnienia zostają na stałe.

    faceapp

    Czy chwila zabawy jest warta utraty kontroli nad własnymi zdjęciami? Myślę, że nie. Tym bardziej, że użytkownicy edytują nie tylko swoje własne zdjęcia, ale i zdjęcie innych - np. znajomych lub dzieci - bez uzyskania na to zgody.

    Lepiej uważać, na co decydujemy się przy korzystaniu aplikacji. Nikt z nas nie czyta regulaminów, bo zakładamy, że system operacyjny nie dopuści do wycieku naszych informacji. Tymczasem nie musi być to prawdą.

    CZYTAJ RÓWNIEŻ: FaceApp broni się przed zarzutami. „Nie robimy nic złego, szanujemy waszą prywatność”



    Zanim postarzysz swoją twarz filtrami FaceApp, przeczytaj, gdzie trafiają zdjęcia i kto ma do nich dostęp

    0 0

    Nintendo Switch doczekał się pierwszej istotnej aktualizacji. I nie chodzi nam o uboższą wersję Lite, a o odświeżenie istotnych parametrów podstawowej wersji konsoli. Na nowym Switchu pogramy sobie znacznie dłużej.

    https://www.youtube.com/watch?v=HbOHVlIs_Dw

    To zupełnie normalne, że producenci konsol do gier wprowadzają nowe wersje sprzętu tej samej generacji. Pierwszy Xbox 360 nawet nie obsługiwał złącza HDMI, a w bieżącej generacji kupiłem już… trzy konsole, po odświeżeniu. Takie przesiadki nie są obowiązkowe: wszystkie gry wydane na bieżącą generację konsol będą zawsze działać, nawet na najstarszych modelach. Ale jak się uwielbia gry i swoją konsolę, to jak tu nie dać się skusić na usprawnioną wersję?

    Przed taką pokusą staną niedługo najbardziej zagorzali fani konsoli Nintendo Switch. Bazowa wersja konsoli doczekała się nowej wersji. Wizualnie jest ona identyczna, więc odnalezienie jej w sklepie może stanowić pewne wyzwanie. Warto jednak wybrać właśnie ją.

    Nowa wersja konsoli Nintendo Switch zapewni znacznie dłuższy czas pracy na akumulatorze

    nintendo switch nowa wersja

    Jak deklaruje Nintendo na oficjalnej stronie produktowej Switcha, nowa wersja będzie się różnić od starej numerem seryjnym oraz czasem pracy na akumulatorze. Numer starej konsoli (model HAC-001) zaczynać się będzie od liter XAW. Numer nowej konsoli (model HAC-001(-01)) zaczynać się będzie od liter XKW.

    Nowa wersja konsoli zapewni znacznie dłuższy czas pracy na akumulatorze od pierwszej wersji Switcha, a nawet od jego wersji Lite (model HDH-001). Nowa wersja pozwoli nam na 5,5 godziny zabawy z Zelda: Breath of the Wild, podczas gdy stara poprosi o podłączenie do ładowarki już po trzech godzinach – jak deklaruje Nintendo).

    Jeżeli więc nadal nie kupiliście Switcha, a to rozważacie – poczekajcie jeszcze chwilkę. Do Europy odświeżone wersje konsol mają trafić w okolicach września.

    https://www.youtube.com/watch?v=M-Bs88rWtG8



    Nowa wersja Nintendo Switcha! Teraz z lepszym akumulatorem

    0 0

    5 lat temu Anna Chimchuk z mężem i dwiema małymi córkami przeniosła się z Odessy do Warszawy. Na Ukrainie Anna była analitykiem bankowym, doktorem nauk, wykładowcą na uniwersytecie. W Polsce została właścicielką sieci niepublicznych przedszkoli ULIK. Jak twierdzi, o trudnościach, przez które rodzina musiała przejść, nigdy nie zapomni.

    Uwaga: Cykl „z własnego doświadczenia” jest formatem bloga Spider’s Web Ukraina, w ramach którego pokazujemy historie Ukraińców w Polsce. Chcemy przybliżać sylwetki osób, którym udało się w Polsce, rozwijają tutaj swoje kariery, prowadzą własne firmy, itp. Materiały te powstają na bazie długich rozmów z naszymi bohaterami. W tekstach z tej serii oddajemy głos naszym rozmówcom – sami opowiadają swoją historię.

    Przeprowadzka do Polski była decyzją mojego męża, bo dostał tutaj ciekawą ofertę pracy. Jesteśmy taką rodziną, że nie przeprowadzamy się pojedynczo, więc pojechaliśmy wszyscy razem. Nie wiedzieliśmy, jak długo zostaniemy w Polsce. Podchodziliśmy do tego raczej jak do okazji nauczenia się czegoś nowego czy zdobycia nowych doświadczeń. Wydaje mi się, że człowiek, który przeżył imigrację, nawet jeśli po jakimś czasie wraca do domu, ma za sobą coś, czego już nikt nie będzie mógł mu odebrać. Są to nowe umiejętności, wiedza, doświadczenie. Kiedy się przeprowadzasz, spotykasz się z takimi życiowymi sytuacjami, które zwykle nawet by nie przyszłyby do głowy. Te sytuacje może człowieka nie łamią, ale na pewno hartują.

    Trudności czekały na nas tam, gdzie ich się nie spodziewaliśmy.

    Podczas przeprowadzki, bardzo martwiliśmy się o starszą córkę. Miała iść do pierwszej klasy. Dla nas to było ważne wydarzenie, które przeżywaliśmy w zupełnie innym kraju. O młodszą córkę nie martwiłam się wcale. Okazało się, że starsza córka świetnie się zintegrowała, natomiast młodsza miała problemy.

    Na samym początku nie zajmowałam się kwestią zdrowia, więcej uwagi poświęcaliśmy zakwaterowaniu, wyborowi szkoły. Natomiast już w pierwszym tygodniu po przybyciu do Warszawy nagle musieliśmy się zwrócić z dzieckiem do lekarza.

    Warunki mieszkaniowe również były inne niż planowaliśmy. Jako dalekowzroczni rodzice przyjechaliśmy do Warszawy, obejrzeliśmy mieszkanie, podpisaliśmy umowę. Wydawało nam się, że wystarczy tylko przeprowadzka i będziemy normalnie żyć. Jednak wszystko poszło nie tak, zmieniliśmy mieszkanie kilka razy aż w końcu znaleźliśmy takie, gdzie już osiedliśmy na dłuższy czas. Wszystkich tych rzeczy nie mogliśmy przewidzieć, było ciężko, zwłaszcza z dwójką dzieci na rękach. Bez przyjaciół, znajomych, po prostu nikogo do pomocy.

    Nauczyć się języka przed przeprowadzką to moja pierwsza rada, jaką daję.

    Decyzja o przeprowadzce zapadła nieoczekiwanie, więc czasu na naukę języka było mało. Gdy tylko sobie wyobraziłam, że moje dziecko pójdzie do pierwszej klasy, a ja nie będę mogła zapytać nauczycielki, jak sobie radzi, od razu pobiegłam na kurs języka polskiego. Gdy przeprowadziliśmy się do Polski mówiłam po polsku na podstawowym poziomie.

    Wydaje mi się, że to jest bardzo ważne. W zasadzie nie rozumiem, jak można się przeprowadzić do innego kraju, nie będąc w stanie powiedzieć ani słowa w danym języku. Kiedy ktoś mnie pyta o radę lub wskazówkę, to mówię: spróbuj nauczyć się języka, ile zdążysz, ile potrafisz, ale jeszcze przed przeprowadzką.

    Córka poszła w Polsce do pierwszej klasy. Pod koniec września odbyło się spotkanie rodziców, gdzie trzeba było wybrać trójkę rodzicielską, która będzie się zajmować sprawami klasy. Nikt nie chciał, wszyscy cichutko siedzieli. Nie miałam wątpliwości, że w Odessie byłabym w takiej trójce, ale w Polsce było trudniej, do tego mało znałam polski. „Ale trochę przecież jednak znam” - pomyślałam, podniosłam rękę i powiedziałam, że jeśli nikomu nie przeszkadza, to ja mogłabym być w tej trójce. Oczywiście nikt nie miał nic przeciwko, od razu zgłosiło się jeszcze dwoje rodziców. Później bardzo się z nimi zaprzyjaźniliśmy. Kiedy się przeprowadzasz, bardzo ważna jest komunikacja z nowymi ludźmi, również ze względu na naukę języka.

    Kiedy szukaliśmy szkoły dla starszej córki, byli i tacy, którzy reagowali bardzo gburowato.

    Szukaliśmy szkoły w następujący sposób: przyjeżdżaliśmy do Warszawy, chodziliśmy po różnych szkołach i pytaliśmy, kto nas przyjmie. Ja mniej-więcej wyobrażałam sobie, jakie mogą pojawić się problemy u dziecka. Przychodziłam do szkoły i tłumaczyłam, że dziecko jeszcze nie mówi po polsku, ale będzie się uczyć, byłam gotowa płacić za dodatkowe zajęcia, aby podszkolić język. W niektórych szkołach reakcja była bardzo negatywna.

    Natomiast w szkole, do której w końcu wysłaliśmy naszą córkę, bardzo miła pani w sekretariacie powiedziała: „Tak, to wszystko jest uwzględnione u nas w programie. Jeśli mamy dziecko, które nie mówi po polsku, to przydzielamy mu dodatkowe godziny na naukę języka”. Muszę powiedzieć, że teraz polskie szkoły mają znacznie większe doświadczenie w pracy z dziećmi spoza Polski, niż 5 lat temu.

    To była szkoła sportowa, więc zapytali mnie, czy moje dziecko umie pływać? Odpowiedziałam, że oczywiście, przecież przeprowadziliśmy z Odessy, znad morza. Trzeba było zaliczyć test pływania. Test pływania polega na tym, aby sprawdzić, czy dziecko nie boi się wody, umiejętność pływania nie była obowiązkowa. Nasza córka już umiała pływać pieskiem i zdobyła serca wszystkich nauczycieli.

    Młodsza córka przez pół roku ze łzami w oczach szła do przedszkola, a codziennie rano mówiła, że jej się śniła „moja Odessa”.

    Młodsza córka miała trzy latka, kiedy się przeprowadziliśmy, więc nie przewidywałam żadnych problemów. Jeśli starsza córka na Ukrainie zostawiła przyjaciół, rodzinę i bardzo dobrze zdawała z tego sprawę. Natomiast z trzyletnim dzieckiem - jakie mogą być kłopoty? Gdzie mama - tam jest dom. Moja młodsza córka nie zdążyła jeszcze się z nikim zaprzyjaźnić. Ani w parku, ani w żadnym innym miejscu. Było dla mnie absolutnym zaskoczeniem to, że codziennie rano ona budziła się i mówiła: "mamo, wiesz co mi się dzisiaj śniło?" Pytałam: "co, kochanie?" A ona na to: "moja Odessa". I tak było codziennie.

    Codziennie rano ze łzami w oczach szłyśmy do przedszkola. Wtedy ja jeszcze nie pracowałam i mogłam siedzieć z nią w domu, chociaż bardzo chciałam, żeby Toma zaczęła mówić po polsku. W grupie w przedszkolu była jedynym dzieckiem, mówiącym po rosyjsku. Był tam jeszcze jeden hiszpańskojęzyczny chłopiec, reszta - sami Polacy. Wszystkie zajęcia odbywały się w języku polskim, wszyscy nauczyciele mówili tylko po polsku.

    Mała płakała przez pół roku. To bardzo długi czas. Chociaż przyprowadzałam ją do przedszkola rano i odbierałam od razu po obiedzie. Mimo wszystko córka szła tam tylko dzięki obietnicy, że samoloty z nieba patrzą i kto idzie do przedszkola, ten poleci do Odessy. I mówiła: „Samolot, patrz, idę, zabierz mnie do Odessy”.

    Wszyscy mówią, że im młodsze dziecko, tym szybciej się dostosowuje. A wyszło zupełnie odwrotnie, i ja doszłam do następującego wniosku: każdy człowiek, nawet dziecko jest indywidualnością i dzieciom też jest bardzo trudno, starszej córce też było trudno, tylko ona przeżywała to na swój sposób, nie chciała, żeby się martwiliśmy, starała się pokazać, że jest twarda. Młodsza nie umiała kryć swoich uczuć, otwarcie pokazywała, co naprawdę czuła, na jej przykładzie zobaczyłam, jak to wygląda naprawdę. Nawet jeśli ktoś po przeprowadzce powie, że wszystko jest super, to wiem, że dziecko cierpi na swój sposób.

    Wszyscy wiedzą, że początek przygody z przedszkolem zawsze jest trudny, dziecku trudno jest się pogodzić z tym, że teraz codziennie muszę dokądś iść, np. do pracy. Tu należy jeszcze dodać taki szczegół, że i Ciebie nikt nie rozumie, i ty niczego nie rozumiesz, i nie możesz nawet wyrazić jakie są twoje potrzeby.

    Nasza córka mówiła wychowawczyni: „Chcę sikać, chcę sikać" (W języku rosyjskim słowo sikać brzmi jak - pisać). Jej dawali długopis, ołówek, kartkę i mówili: „Pisz dziecko, pisz, tylko nie płacz”. Nie mam żadnych pretensji do przedszkola, nikt jej nie skrzywdził, nie mniej jednak było bardzo trudno. Choć wydaje się, że języki są podobne, jednak czasami nietrudno o takie nieprzyjemne nieporozumienia.

    Myśli o tym, aby się poddać i wrócić na Ukrainę, nawet do siebie nie dopuszczałam.

    Było bardzo trudno, ale opcji powrotu do domu, nawet nie rozważaliśmy. Wiedzieliśmy, że będzie trudno, a okazało się jeszcze trudniej, niż sądziliśmy, jednak ani przed sobą, ani przed swoimi dziećmi nie chcieliśmy pokazać, że jak tylko robi się trudno, to można się poddać, zrezygnować i wrócić do domu. Patrzyliśmy na to w taki sposób, że zawsze możemy wrócić, ale wrócimy tylko wtedy, kiedy sami będziemy chcieli. Pokonamy wszystkie trudności, poradzimy sobie ze wszystkim, a jeśli później postanowimy wrócić, to wrócimy. I tylko w taki sposób.

    Młodsza córka z upływem czasu czuła się lepiej. Były dwa takie przełomowe momenty, które pamiętam. W przedszkolu Toma prawie nie rozmawiała, więc przez pierwsze trzy miesiące niektórzy myśleli, że ona w ogóle nie umie mówić. Ze słów wychowawców po prostu siedziała i rysowała, nie brała udziału w zajęciach, nic. Potem szła na obiad i ją odbierałam. Tak wyglądał dzień mojej córki w przedszkolu.

    Nie wiedziałam, czy dzieje się tak dlatego, że chodzi tylko na zajęcia, podczas których wszyscy mówią po polsku i nie wiedziałam, czy to w ogóle kiedykolwiek się zmieni. I oto pewnego dnia naszą starszą córkę przyszła odwiedzić jej koleżanka ze szkoły, Polka. Dziewczyny bawiły się w pokoju i rozmawiały oczywiście w języku polskim. Cały ten czas Toma, młodsza córka, zaglądała do nich i też chciała się z nimi pobawić. W którymś momencie weszła do nich i zaczęła mówić po polsku... Jak dziś pamiętam ten moment: stałam w kuchni i cicho płakałam. Nawet nie wiem, czy od szczęścia, czy od ulgi, że jednak jest jakiś krok do przodu.

    Kolejny krok zrobiła chwilę później. Kiedy córka obudziła się i zapytała mnie, czy wiem, co jej się śniło. Ja przysięgam, że to było codziennie rano i codziennie rano pytałam jej: „co, kochanie?”, chociaż już znałam odpowiedź. A ona powiedziała: „moja Odessa i mój Barbakan". Poczułam ulgę. Już po pół roku Toma czuła się dobrze i pojawili się u niej przyjaciele. Jednak tego, co przeżyliśmy, nie da się zapomnieć i nie można powiedzieć, że tego nie było.

    Pomysł na otwarcie przedszkola w Polsce jest nawet nie mój, a męża.

    To pewnie brzmi dość dziwnie, bo zazwyczaj taki pomysł wychodzi od kobiety, od mamy, a w naszym przypadku - od ojca. Wszystkie te problemy, które przeżyliśmy z młodszą córką, w pewnym momencie doprowadziły do tego, że mój mąż powiedział, że musimy otworzyć przedszkole, gdzie dzieciom migrantów będzie łatwiej się adaptować. Mówił, żeby nie podchodziłam do tego jako do biznesu, raczej jako do projektu społecznego. Nie myśleliśmy wtedy, że powinniśmy lub musimy na tym zarabiać.

    Takie podejście na samym początku bardzo pomogło, mając to po prostu w głowie, udało nam się stworzyć bardzo dobry produkt. Początkowo realizowaliśmy nasz plan po prostu dla ludzi, dla dzieci, dla rodziców. A tu okazało się, że za dobrym produktem idzie klient.

    Otwarcie przedszkola wiąże się z uzyskaniem szeregu różnych uprawnień.

    Nie można tak po prostu wziąć i otworzyć przedszkola. Każdy krok niesie odpowiedzialność, bo chodzi o dzieci. Więc najpierw, trzeba było znaleźć lokal spełniający wymogi rozmaitych instancji. Sanepid, straż pożarna, kuratorium oświaty - wszystkie mają swoje wymagania, istnieją nawet wymagania dotyczące ilości powietrza na jedno dziecko, czyli musi być specjalna wentylacja, specjalne okna. Ponadto, trzeba pamiętać, że te wymagania się zmieniają, dlatego nasze pierwsze i trzecie pomieszczenia różnią się od siebie, bo w tym czasie już zmieniły się wymagania.

    Szukaliśmy lokalu samodzielnie, jednak kiedy wchodzisz na strony ogłoszeń, to spotykasz się z tym, że w 95 proc. oferty zamieszczają agencje. Współpraca z pośrednikiem jest bardzo skomplikowana i czasochłonna, bo oni pracują strasznie wolno. Chcemy zobaczyć lokal i podjąć decyzję, a pośrednik nam odpowiada, że oddzwoni później, zapyta czy właściciel nie ma nic przeciwko temu, żeby tam powstało przedszkole, może jeszcze porozmawia z sąsiadami, a to wszystko trwa bardzo długo. W rezultacie, na szczęście, udało nam się samodzielnie znaleźć lokal bezpośrednio od właścicieli, którzy okazali się wspaniałymi ludźmi, do tego bardzo chcieli, aby tam powstało właśnie przedszkole ULIK. Wszystkie formalności załatwiliśmy w ciągu dwóch dni.

    Drugi etap nie jest skomplikowany, ale jest bardzo kosztowny - zakup specjalnych mebli i urządzeń z certyfikatami. To muszą być specjalne materiały: jeśli są to dywany, to muszą być odporne na ogień, jeśli meble - to tylko z certyfikatami Dla dzieci i młodzieży. Takie meble od 30 do 100 proc. są droższe niż zwykłe, czyli ten etap jest faktycznie bardzo kosztowny.

    Trzeci etap. Gdy lokal jest już gotowy, należy zaprosić odpowiednich ludzi, inspektorów, którzy sprawdzą i powiedzą, czy wszystko jest w porządku, czy trzeba coś przerobić.

    Poszukiwania personelu trwały długo, ja już myślałam, że coś ze mną jest nie tak.

    Czwarty etap to znalezienie personelu. Pamiętam, że na początku, gdy trzeba było znaleźć pracownika przez dwa miesiące prowadziłam rozmowy kwalifikacyjne, czasami po 2-5 rozmów w ciągu dnia. Po dwóch miesiącach, przyszłam kiedyś do domu i mówię do męża, że chyba ze mną coś jest nie tak, bo nikt mi nie pasuje, i musi tu chodzić o mnie, bo to przecież niemożliwe nikogo nie znaleźć! Ale mąż mnie uspokoił i już dosłownie następnego dnia, gdy otworzyłam kolejne CV, poczułam, że coś się we mnie w końcu poruszyło.

    Zadzwoniłam, spotkałam się z tą osobą, a ona okazała się po prostu niesamowita. Ze wszystkich wychowawców to ona zrobiła na mnie najlepsze wrażenie. Wszyscy, nawet ci, którzy z nią nigdy nie pracowali, wiedzą o naszej Ewie. Pracowała u nas niedługo, bo poszła na urlop macierzyński, jednak bardzo dobrze ją zapamiętałam, bo Ewa umiała wyczuć dzieci, potrafiła nie tylko je czegoś nauczyć, ale też znaleźć dla każdego inne podejście. Komuś zaśpiewać piosenkę, komuś książkę poczytać. Umiała być z nimi na jednym poziomie, przy tym nie schodząc do ich poziomu, a może nawet lepiej powiedzieć, podnosząc się do ich poziomu. Zuch-dziewczyna.

    Trudno było znaleźć polskojęzyczne dzieci do przedszkola, niektórzy rodzice, jak tylko słyszeli w rozmowie mój akcent, to od razu rezygnowali.

    Piąty etap to znalezienie dzieci - to też okazało się dość trudne. Bo wyszło tak, że otworzyliśmy przedszkole w listopadzie. Oczywiście od września wszystkie dzieci były już zapisane do przedszkoli i trudno nam było znaleźć klientów. Prawie rok zajęło nam zapełnienie pierwszego oddziału, potrzebowaliśmy 15 dzieciaków.

    Jako pierwsze zaczęły do nas przychodzić ukraińsko-/rosyjskojęzyczne dzieci, których potrzeby i problemy dobrze rozumiałam. Jednak bardzo ważne było dla mnie to, aby zachęcić do zapisów dzieci z polskojęzycznych domów. Wiem, że ci rodzice, którzy przyjeżdżają tu na dłuższy czas, chcą, aby ich dzieci zaczęły mówić po polsku. Ja też chciałam, aby te dzieci zaczęły mówić po polsku, ale z jak najmniejszym dla nich stresem. Jeśli nie będzie u nas polskojęzycznych dzieci, to najprawdopodobniej dzieci rosyjsko-języczne zamkną się w swoim rosyjskim/ukraińskim gronie.

    Na początku bardzo się martwiłam, że mówię po polsku z akcentem, odpowiadam na telefony. Polscy rodzice od razu słyszą, że nie mówi do nich Polka, ewentualnie kobieta gdzieś z Podkarpacia. Takie sytuacje, że ktoś od razu jak słyszy akcent i rezygnuje, zdarzają się do tej pory. Nikt nie mówi tego wprost, ale oczywiście da się to wyczuć. Takie przypadki są pojedyncze, ale są.

    W końcu na szczęście udało nam się znaleźć pierwsze polskojęzyczne dzieci, potem zaczęła już działać poczta pantoflowa. Obecnie mamy w pierwszym oddziale 15 dzieci, w drugim - 20, w trzecim - 30 (dwie grupy po 15 osób). Mniej więcej 50/50 polskojęzycznych i nie polskojęzycznych dzieci.

    Koncepcja przedszkola ULIK

    Chcieliśmy stworzyć dobry produkt wysokiej jakości za przystępne pieniądze. Dzisiaj przedszkole kosztuje 1100 zł/miesiąc plus 14 zł/dzień wyżywienie.

    Jedną z najbardziej szczególnych usług, które oferuje nasze przedszkole jest to, że pomagamy dzieciom imigrantów, w szczególności Ukraińców, w adaptacji. W każdym oddziale jest wychowawca, który mówi w trzech językach, dziecko przychodzi i zawsze jest ktoś, kto jest odpowiedzialny za jego adaptację, kto podpowiada dziecku podczas zajęć lub w innych codziennych sprawach. Czyli to tacy ludzie, do których dzieci mogą zwrócić się w swoim ojczystym języku, i zostaną zrozumiane.

    W naszych placówkach również oferujemy wideo monitoring. Czyli rodzice za pomocą aplikacji mobilnej zawsze mogą sprawdzić, co dzieje się w przedszkolu.

    Od lutego 2019 r. wylupiliśmy licencję i realizujemy program matematyczny. Ten program nie robi z dzieci Einsteinów, ale pomaga zaprzyjaźnić się z matematyką, poczuć ją, nie bać się jej i zrozumieć podstawowe pojęcia matematyczne.

    Widzę, że w dzisiejszym świecie rozwijających się technologii, informatyki, kodowania, nawet humanista nie obejdzie się bez matematyki, bo jest ona podstawą podstaw. Chcę dzieciom dać taką bazę, która później pomoże im w życiu.

    Każdy, kto chciałby otworzyć biznes, musi liczyć się z tym, że pieniądze nie będą pracować na siebie same.

    Musimy dużo pracować, w tym w weekendy, nie można tu wziąć zwolnienia lekarskiego. Odpowiadasz już sam przed sobą za wynik. Martwisz się i ryzykujesz własnymi pieniędzmi. Przynajmniej przez pierwszych kilka lat czeka na właściciela wymagający rytm pracy. Podobno w każdym biznesie - pierwszy rok będzie na pewno trudny, a dalej to już zależy od firmy i od ambicji. U nas nadal, po czterech latach, pracujemy bardzo ciężko, bo otwieramy nowe oddziały przedszkola ULIK.

    Na otwarcie pierwszego oddziału dla 15 osób, wydaliśmy około 465 tys. zł to od zera do końcowego rezultatu.

    Teraz nasze dalsze plany związane są ze sprzedażą franczyzy.

    Mamy własną zarejestrowaną markę, mamy własny program nauczania, technologię pracy przedszkola, więc postanowiliśmy sprzedawać franczyzy. Chciałabym rozwijać się właśnie poprzez franchising, aby każdy oddział miał swojego gospodarza, który trzymałby rękę na pulsie. Do tego, dobrze by było otworzyć oddziały w innych miastach - Poznań, Wrocław, Kraków. Widzę duży popyt.

    Obecnie zainteresowane zakupem franczyzy są dwie osoby, obie z Polski. Chciałabym, aby to byli jednak Ukraińcy, bo te warunki, które oferujemy zagranicznym dzieciom, naszym dzieciom, ten stosunek do nich, chciałabym, żeby to pozostało. Nie wiem, na ile polski właściciel będzie tym zainteresowany, i w jaki sposób zadba o te kwestie. Jednak w kwestii franczyzy nie śpieszymy się, nikt nas też nie goni. Dla mnie jest to bardzo ważne pytanie, czy taki człowiek jest poważny, czy może tylko chce się pobawić w przedszkole, a przecież on też będzie wyrabiał nam markę.

    Trudności związane z tym, że jestem cudzoziemką były, są i będą, ale na tym nie warto się skupiać.

    Bez wątpliwości jesteśmy tu trochę obcymi. Po prostu ja bym nie chciała się na tym koncentrować. Trzeba zrozumieć, że to jest normalne, każdy jest inny, przecież rzeczywiście przyjechaliśmy do innego kraju, rzeczywiście większa część mówi z akcentem, a nawet błędami, rzeczywiście może u kogoś zabieramy pracę, może biznes. Ktoś może traktować to właśnie w taki sposób i być z tego niezadowolony.

    Gdy sprawdzali nasz lokal, jedna z inspektorów poprosiła ją zabrać samochodem z biura i zawieźć do przedszkola. Gdy wsiadła do samochodu - a wtedy jeszcze mieliśmy ukraińskie tablice rejestracyjne - zapytała, co to za dziwne tablice i czy jesteśmy z Ukrainy. Odpowiedzieliśmy, że tak. Wtedy inspektor powiedziała wprost: „nie lubię Ukraińców”.

    Jedziemy, a ja sobie myślę, co teraz będzie, jak na to reagować. Jednak choć nie była dla nas miła, w raporcie żadnych poprawek nie zaleciła i wszystko poszło dobrze.

    Takie sytuacje są naprawdę rzadkie i najważniejszym jest nie skupiać się na nich. Nie można się poddawać i mówić: „to jest koniec, nikt nas tutaj nie lubi, wszyscy są przeciwko nam”. Rzucać projekty lub winić kogoś za swoje niepowodzenia i myśleć, że to wszystko z powodu tego, że tu nie lubią Ukraińców.

    Jeśliby ktoś mi powiedział wszystko to, jak tu przeżyliśmy nasz pierwszy rok, jeszcze przed przeprowadzką, to bym się tutaj nie przeprowadzała. Poważnie.

    Czy my naprawdę przeszliśmy przez to wszystko? Jak w ogóle daliśmy radę? Takie pytania wracają. Wpadek było bardzo dużo. Jednak szliśmy dalej, nie winiąc nikogo, szukaliśmy nowych rozwiązań.

    Na wszystkich spotkaniach i podczas wywiadów ludzie chcą usłyszeć historię Kopciuszka, ale nie ma tu historii Kopciuszka. Jestem pewna, że każdy, kto osiągnął sukces w jakiejkolwiek dziedzinie, zanim do niego doszedł zaliczył szereg wpadek i błędów. Po prostu ci ludzie podnosili się i szli dalej, coś robili, uczyli się na własnych błędach, może nie zawsze nawet się uczyli, a czasami może powtarzali te same błędy. Po prostu, kiedy ludzie występują na spotkaniach biznesowych albo udzielają wywiadu, opowiadają historię sukcesu i prawdopodobnie wydaje wam się, że człowiek po prostu miał szczęście, po prostu wybrał właściwą drogę, zaryzykował - zaryzykował, ale nie jeden raz. I ta droga jest trudna i wyboista. Trzeba dużo i ciężko pracować i przed, i w trakcie, i po. Choć obrazek potem wygląda ładnie, historii Kopciuszka tu nie ma.



    Jej córka zderzyła się z polskim przedszkolem. Założyła więc własne, a teraz ma ich kilka - historia Ukrainki w Polsce

    0 0

    jbl link bar soundbar z android tv

    Kupno Apple TV lub dongla z Android TV to nadal dobry pomysł na przedłużenie życia naszego starego telewizora. Problem w tym, że te urządzenia poza tym nic nie robią. No chyba że pochodzą ze stajni JBL-a.

    To ciekawe, że nikt jeszcze na to nie wpadł. Może ma to związek z polityką licencyjną Google’a na Android TV, ale system ten do tej pory w zasadzie nigdzie nie trafił poza telewizory i inteligentne telewizyjne przystawki. Niby nie musiał – wszak po to kupujemy taką przystawkę, by zyskać dostęp do aplikacji, do których dostępu nie mamy na telewizorze, misja zakończona sukcesem – ale przecież port HDMI możemy wykorzystać znacznie lepiej. Szczególnie jeśli jest to HDMI ARC.

    JBL wpadł na genialny pomysł zamknięcia przystawki z Android TV w soundbarze. W środku znajduje się więc Android TV Oreo (producent milczy w temacie aktualizacji, choć Android TV Pie ma jeszcze trafić na urządzenie), a tak poza tym jest to całkiem przyzwoity soundbar. Zgaduję po parametrach technicznych i co najmniej znośnej renomie samego JBL-a. Zewnętrzne nagłośnienie wymieniamy chyba nawet rzadziej od samego telewizora. Więc jeśli JBL nie zawali sprawy i będzie regularnie aktualizował swój produkt, to przecież to doskonały pomysł na produkt.

    Co potrafi JBL Link Bar, soundbar z Android TV?

    jbl link bar soundbar z android tv

    Użytkownicy soundbara zyskają pełen dostęp do multimedialnych rozwiązań Google’a. Mowa więc tu nie tylko o aplikacjach ze Sklepu Play, ale również o obsłudze formatu Chromecast (audio i wideo) oraz nasłuchującym nas Asystencie Google. Macierz mikrofonów na której polega ten ostatni można na życzenie sprzętowo wyłączyć.

    Soundbar oferuje „do 100 W” mocy w stereo. Jest wyposażony w trzy wejścia HDMI i jedno wyjście z obsługą ARC. Do grajbelki możemy opcjonalnie dokupić sobie subwoofer, co bym rekomendował wszystkim tym, którym to nie przeszkadza w salonie – brzmienie filmów i gier znacząco zmieni się na korzyść. Urządzenie nie obsługuje oczywiście Dolby Atmos czy DTS:X i ogólnie należy je traktować jako istotne uaktualnienie systemu dźwiękowego w telewizorze a nie wstęp do kina domowego. Co przecież nie jest niczym złym, biorąc pod uwagę cenę urządzenia i obsługę dźwięku. Maksymalna jego obsługiwana rozdzielczość to 24-bitowy, 96-kilohercowy strumień.

    https://www.youtube.com/watch?v=yml9UaBXKHc

    Polska witryna JBL-a jeszcze nie listuje obok niego ceny, ale że soundbar wchodzi do obrotu w Europie, jest już dostępny w brytyjskim sklepie – w cenie 350 funtów.



    Że też nikt na to wcześniej nie wpadł. Ta przystawka z Android TV jest też przyzwoitym soundbarem

    0 0

    FaceApp zdobyła popularność dwa razy. Po raz pierwszy, jak się okazało, że to fajny programik do postarzania selfików. Po raz drugi, jak się okazało, że aplikacja wysyła nasze zdjęcia do chmury. Szpieg? Oskarżony odpiera zarzuty.

    Jeszcze kilkanaście godzin temu, żyjąc w błogiej nieświadomości, wymienialiśmy się śmiesznymi zdjęciami stworzonymi za pomocą FaceAppa. Aplikacja działa zaskakująco dobrze, przekonująco przerabiając nasze fizjonomie na starcze. Niestety, jak się dziś okazało, FaceApp jest usługą bardzo żarłoczną na nasze dane.

    Aplikacja rości sobie prawo do zbierania naszych treści i, co jest szczególnie alarmujące, deklaruje, że może dzielić się nimi ze swoimi partnerami. Rozumiejąc wprost treść regulaminu i interpretując uprawnienia aplikacji: FaceApp staje się współwłaścicielem naszych zdjęć i powiązanych z aplikacją informacji na nasz temat.

    Powstało już kilka teorii spiskowych, jakoby aplikacja przechwytywała wszystkie zdjęcia z naszego telefonu, a nie tylko te do niej zaimportowane, ale to na szczęście okazało się nieprawdą. Udostępnianie naszych zdjęć podmiotom nam zupełnie obcym to i tak bardzo kiepski pomysł. Choć warto pamiętać, że większość popularnych usług społecznościowych jest równie łakoma na nasze dane.

    FaceApp odpiera zarzuty o poważne naruszanie prywatności

    Firma w swoim oświadczeniu, wysłanym między innymi do TechCruncha, twierdzi, że:

    • Edycja zdjęć następuje w chmurze. Wysyłane są do niej tylko zdjęcia wskazane przez użytkownika.
    • Zdjęcia pozostają w pamięci podręcznej serwerów celem przyspieszenia działania usługi. „Większość zdjęć” (dlaczego nie wszystkie?) jest usuwanych już po 48 godzinach.
    • Użytkownik może zgłosić się do pomocy technicznej i zażądać usunięcia wszystkich danych na jego temat, co zostanie spełnione.
    • Dane użytkowników nie są udostępniane podmiotom zewnętrznym (czemu więc znajduje się o tym informacja w regulaminie aplikacji?).
    • FaceApp nie przetrzymuje danych użytkowników w Rosji. Korzysta z chmur AWS i Google Cloud.

    Twórcy FaceAppa wzywają też niezależnych specjalistów ds. bezpieczeństwa o potwierdzenie powyższego. Problem w tym, że ci mogą potwierdzić – co już zresztą zrobili – tylko pierwszy z tych punktów. FaceApp faktycznie nie wysyła wszystkich zdjęć z naszego telefonu, a tylko te przez nas wskazane.

    Problemem jednak nie jest fakt wysyłania zdjęcia do chmury celem jego obróbki. - Możemy udostępniać Treści użytkownika i informacje użytkownika firmom, które prawnie są częścią tej samej grupy przedsiębiorstw, której częścią jest FaceApp, lub które stają się częścią tej grupy („Partnerzy”). Partnerzy mogą wykorzystywać te informacje, aby pomóc w dostarczaniu, zrozumieniu i ulepszaniu Usługi oraz własnych usług Partnerów – co Marcin odnalazł w regulaminie usługi.

    Rozumiem, że FaceApp potrzebuje dostępu do zdjęcia, by móc je obrobić i trudno mieć z tym problem. Jednak model biznesowy polegający na sprzedaży moich zdjęć podmiotom mi nieznanym jest niezmiennie absolutnie nie do przyjęcia.



    FaceApp broni się przed zarzutami. „Nie robimy nic złego, szanujemy waszą prywatność”

    0 0

    Seks gadżety wracają do Las Vegas, a to nie koniec dobrych wiadomości. 

    Największe na świecie targi elektroniki mają problem z seksem. Rok temu po wybuchu afery wibratorowej CTA (Consumer Tech Association), ich organizator, został oskarżony nie tylko o nadmierną pruderię, ale i o stosowanie podwójnych standardów wobec gadżetów seksualnych. Na targi miały trafiać niemal wyłącznie te skierowane do mężczyzn. Teraz, by uniknąć zarzutów o dyskryminację i hipokryzję, CTA uchyla odrobinę drzwi dla erotycznych gadżetów, podkreślając jednak, że w każdej chwili może je z powrotem zatrzasnąć.

    CTA nie mogło się zdecydować, czy wibrator jest obsceniczny

    Zamieszanie wokół seks gadżetów ich dopuszczania na targi i blokowania było już wcześniej, jednak rok temu organizatorzy przeszli samych siebie. Wibrator Ose od Lory DiCarlo został wyrzucony z programu targów, a organizatorzy CES tłumaczyli się, że w ogóle został wciągnięty na listę przez pomyłkę. Sama w sobie ta decyzja nie byłaby może aż tak niezwykła, frapująca i w jakimś stopniu zabawna, gdyby nie fakt, że gadżet wcześniej został uhonorowany nadawaną przez samych organizatorów nagrodą Innovation Awards Honoree w kategorii robotyka i drony. Nagrodę też z czasem odebrano.

    CTA uzasadniało, że Ose jest niemoralnym i obscenicznym narzędziem. Na targi rok temu dostał się seks robot Solana, a w tym roku pornografia osadzona w wirtualnej rzeczywistości (mimo zakazu pokazywania na targach pornografii). Krytycy zarzucali organizatorom, że na CES nie ma problemu z seks gadżetami tak długo, jak długo są to gadżety skierowane do mężczyzn.

    CES 2020 z gadżetami erotycznymi i bez roznegliżowanych pań

    CTA ogłosiło, że na przyszłorocznych targach na próbę legalnie i w pełnej glorii przepisów pojawią się seks gadżety. Nie ma jednak obaw, że wydarzenie w Las Vegas zmieni się z tego powodu w targi seksualnych zabawek. Wszystkie produkty, które chcą być zakwalifikowane na targi, muszą reprezentować sobą określony poziom innowacyjności i technologicznego zaawansowania. Zwykły wibrator z pobliskiego seks-shopu nie przejdzie.

    To nie jedyna dobra decyzja organizatorów. Drugą jest zaostrzenie przepisów dotyczących obowiązującego wśród wystawców dress code'u. Choć zakaz kuszenia odwiedzających pełniącymi funkcję dekoracyjną roznegliżowanymi hostessami już istniał, teraz dodano do niego kary, które mają przekonać wszystkich, że warto stosować się do tych ograniczeń.

    Cieszy, że CTA postanowiło wreszcie zaprowadzić porządek i wyznaczyć bardziej przejrzyste zasady dotyczące seks gadżetów na targach. W obowiązujących sami organizatorzy się gubili, co prowadziło do takich absurdów jak nagrodzenie, a potem odebranie nagrody Ose.



    Zapominamy o aferze wibratorowej. Gadżety erotyczne wracają na największe targi technologiczne

    0 0

    samsung galaxy note 10

    Niestety, jeżeli liczysz na obecność w Galaxy Note 10 najnowszych osiągnięć Samsunga w kwestii szybkiego ładowania akumulatorów, to mamy dla ciebie rozczarowujące wieści. Musisz dopłacić.

    https://twitter.com/UniverseIce/status/1151338870845263872

    Jak wynika z ustaleń Ice universe, użytkownika Twittera, który zdążył już nie raz udowodnić swoją wiarygodność, Galaxy Note 10 nie będzie w podstawowej wersji obsługiwał szybkiego ładowania z mocą 45 W, a tylko 25 W. Z wydajniejszej ładowarki skorzysta wyłącznie droższy Galaxy Note 10+.

    https://twitter.com/UniverseIce/status/1151338021972692992

    Na tym jednak nie koniec złych wieści. Nawet jeśli faktycznie zdecydujemy się na lepszą wersję telefonu, to i tak do szybkiego ładowania będziemy musieli dopłacić. W pudełku z telefonem znajdziemy bowiem ładowarkę o mocy 25 W. Tę wydajniejszą będziemy musieli sobie dokupić – za 50 dol. Podkreślamy, że nie są to jeszcze oficjalne informacje – choć pochodzą z wiarygodnego źródła.

    Co jeszcze wiemy o Samsung Galaxy Note 10? TOP 7 najciekawszych plotek:

    Galaxy Note 10 będzie dostępny w dwóch rozmiarach

    Po raz pierwszy w historii tej linii produktów będziemy musieli zdecydować o rozmiarze urządzenia. Note’y 10 będą sprzedawane w wersji z ekranem o przekątnej 6,28″ i trochę większym – 6,75″. Oprócz różnych rozmiarów ekranu, Note 10 będzie dzielił się na wersje współpracujące z technologią 5G i na te, których możliwości kończyć się będą na obsłudze sieci LTE.

    Żeby jeszcze bardziej skomplikować sprawę, mniejsze Note’y będą wyposażone w trochę gorszą konfigurację fotograficzną. Zamiast czterech obiektywów z tyłu, montowanych w Note’ach o przekątnej 6,75, te mniejsze dostaną o jeden obiektyw mniej.

    Wiemy, jak Note 10 będzie wyglądał

    samsung galaxy note 10

    To nie będzie pierwszy bezprzyciskowy telefon Galaxy Note

    https://twitter.com/UniverseIce/status/1134257324745355264

    Taki był plan pierwotnie, stąd i plotki o braku przycisków w telefonie, Samsung jednak z tego zrezygnował. Choć, niestety, również zrezygnował z obecności złącza słuchawkowego 3,5 mm jack.

    Aparat w Galaxy Note 10 z przysłoną o trzech pozycjach

    https://twitter.com/UniverseIce/status/1141608857220681728

    Samsungi, począwszy od serii S9, potrafią przymykać przysłonę głównego aparatu. Są dostępne dwie pozycje: pełen otwór f/1.5 lub przymknięcie do pozycji f/2.4. W pierwszej aparat zbiera najwięcej światła (to klucz do dobrej fotografii nocnej) i pozwala najmocniej rozmyć tło. W drugiej zdjęcia teoretycznie powinny być ostrzejsze i pozbawione niektórych wad optyki, co sprawdzi się w słoneczny dzień, np. w fotografii wakacyjnej. Samsung Galaxy Note 10 ma wprowadzić aparat z trzema stopniami otwarcia przysłony.

    Galaxy Note 10 do najtańszych nie należy

    samsung galaxy note 10

    Jak wynika z informacji zdobytych przez Winfuture.de, najtańsza wersja Galaxy Note 10 z 256 GB pamięci ma kosztować 1000 euro. Większa wersja, z plusikiem, ma kosztować 1150 euro. Dostępne mają być też wersje z 512 GB i 1024 GB pamięci, ale ich cen jeszcze nie znamy.

    Galaxy Note 10 bez wcięcia w ekranie. Ale z otworkiem

    samsung galaxy note 10

    Jeden ze sklepów przedwcześnie opublikował zdjęcia produktowe swoich etui do nowego telefonu Samsunga. Wynika z nich, że aparat do selfików znajdować się będzie w otworku na górze wyświetlacza. Głośnik i czytnik linii papilarnych ukryte będą bezpośrednio w wyświetlaczu, będąc niewidocznymi dla użytkownika.

    Note 10 doczeka się wersji obsługującej sieć 5G

    samsung galaxy note 10

    Potwierdzili to liczni operatorzy sieci komórkowych. Nie jest jednak jasne, czy wersja z obsługą sieci najnowszej generacji trafi do obrotu w naszym kraju.



    Podsumujmy wszystko, co wiemy o Samsungu Galaxy Note 10 i droższym Note 10+

    0 0

    Jakdojade nie tylko wprowadza informację na żywo o opóźnieniach, ale pozwala na śledzenie naszego pojazdu zanim pojawi się na przystanku. 

    Znamy to wszyscy. Potykamy się o własne nogi, ledwo łapiemy dech w piersi, biegniemy tak szybko, że drzewa, które mijamy, zaczynają się rozmywać. W końcu docieramy na miejsce, poprawiamy okulary i zaczynamy główkować. Według rozkładu autobus powinien właśnie odjeżdżać, my przybiegliśmy na przystanek równo o czasie, ale naszej wieloosobowej limuzyny nigdzie nie widać. Czy jest spóźniona i zaraz przyjedzie? Czy przyjechała za wcześnie i nie mamy na co czekać? Czy teść ma pozwolenie na broń i będzie wkurzony, że się znów spóźniłam?

    Jakdojade pokaże ci, w którym korku utknął twój autobus i kiedy się z niego wyzwoli.

    Jakdojade, popularna aplikacja do planowania dojazdów i płacenia za bilety, wreszcie zacznie też śledzić środki transportu i pokazywać nie tylko to, kiedy w teorii powinny się pojawić, ale także kiedy będą na przystanku w praktyce. Spóźnione autobusy i pojawiające za wcześnie tramwaje będą miały godziny przyjazdu na przystanek i dotarcia do miejsca docelowego zaznaczone na czerwono.

    Śledzenie, choć także się pojawiło, na razie jest okrojone. Autobus lub tramwaj zobaczymy na mapie w aplikacji tylko wtedy, gdy przy opisie trasy wyświetla się ikonka nadajnika. Jeśli jej nie ma, nadal jesteśmy skazani na zgadywanie, gdzie też się nasza karoca podziewa.

    Nową funkcję można uruchomić tuż po wejściu do aplikacji. W prawym dolnym rogu obok zielonej strzałki pojawił się mały przełącznik z napisem na żywo. Gdy go dotkniemy, otworzy się nowe okno, w którym wyjaśniono, do czego służy nowa funkcja i przedstawiono opcje płatności. Śledzenie pojazdów można uruchomić tylko na 10 tras albo na stałe. W pierwszym wypadku płacimy swoim czasem, oglądając w aplikacji reklamę, w drugim musimy zapłacić 0,99 zł miesięcznie. Nie jest to przesadnie wygórowana cena.

    Nowe opcje są na razie dostępne we Wrocławiu i w Warszawie. Mam jednak nadzieję, że niedługo będą mogli z nich korzystać nie tylko mieszkańcy dużych miast na W.



    Jakdojadę pokazuje teraz opóźnienia autobusów i pozwala śledzić pojazd zanim dojedzie na przystanek